niedziela, 7 października 2012

słomiany zapał

Jest ponuro, nieprzyjemnie, ciemno i szaro ... brr ... właśnie dlatego nie lubię jesieni. Mimo tych kilku słonecznych dni, jakie ma ona do zaoferowania.
Marnotrawię czas. W przypływie (jak ja to nazywam) weny - z rana zrobiłam ciasto, teraz wstawiłam kurę do pieczenia i siedzę. Siedzę, dumam a później znowu siedzę ... Synek śpi, mąż udziela się rodzinnie - pomaga mojemu tacie, dla którego niedziela nigdy nie była dniem świętym. Dziś, jest dniem idealnym do naprawy samochodu ... :)
A do mnie z szafy uśmiecha się maszyna do szycia, papiery domagają się wykorzystania, kanwa leży na półce i macha do mnie przyjaźnie. I tak to właśnie wszystko, co tak sobie cudownie i z wielkim rozmachem planowałam, stoi w miejscu. Czuję wielkie niewykorzystanie danego mi od losu wolnego czasu. No ale są czasem takie dni, że nic się nie chce, że myśli do głowy przychodzą wszystkie na "nie", że człowiek położyłby się i czekał następnego dnia. 
Przeglądając ulubione (czy też trafiając na nowe, ciekawe) blogi, jestem pod wrażeniem tych świeżo upieczonych, tworzących mam. Nie pomijając tych, już nieco stygnących, których latorośle nie zdążyły jeszcze zacząć interesować się tym, jak to jest spędzać czas bez rodzica u boku. Wydaje mi się wtedy, że jestem słabo zorganizowana. Noc marnuję na spanie i nie robię 3 rzeczy jednocześnie. Wtedy to dochodzę również do wniosku, że mój zapał do zrobienia czegoś, gaśnie szybciej niż się zapala ... no bo czy uszyłam cokolwiek na maszynie, co nie byłoby ściegiem widniejącym na papierze? Czy wyhaftowałam coś po tej kilkuletniej przerwie? Czy stworzyłam album dla synka podsumowujący jego pierwszy rok życia albo chociaż najmniejszego scrapa? Nie, nie i jeszcze raz nie. Nie wiem, czy to ta jesień tak na mnie wpływa, czy po prostu moje uśpione, negatywne nastawienie do życia, próbuje wybudzić się z głębokiego, kilkuletniego snu.
Wracam do kuchni. Czeka tam na mnie kura, której skóra wymaga ciemniejszej opalenizny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz